Uncategorized

Fałszem podszyte

„Podaję definicję przyjaźni-to osoba o której wiesz wszystko , a mimo to nie przestajesz jej lubić.” napisał mi pewien mężczyzna. Dało mi to do myślenie. Czy chciałabym wszystko wiedzieć o przyjacielu czy przyjaciółce? Nie! To byłoby jak obdzieranie człowieka do kości.  człowiek to muzeum eksponatów dostępnych wszystkim oraz tych znajdujących się na zapleczu, niektóre z nich nigdy nie zostaną wystawione na widok publiczny, pozostają w cieniu choć są zapisane. Podkowinski_221

Tak samo jest z życiem ludzi, pewne szczegóły nigdy nie wypłyną na powierzchnię i nie ważny powód, ważne by uszanować decyzję o prawie do tajemnicy. Potrzeba ekshibicjonizmu swojego życia może wydawać się szczerością…Przyjaciel musi wiedzieć, że w przeszłości spałeś z jego żoną, lub przyjaciółka, że doniosłaś na nią kiedyś w przypływie gniewu do szefowej. Czy naprawdę jest konieczne by obciążać przyjaźń takim wyznaniem? Liczenie na wyrozumiałość drugiej strony  skłania się bardziej ku bezczelności.  W imię przyjaźni występki zostaną zapomniane. Bzdura proszę pana. Wychodzi mi na to, że jesteś przebiegłym i fałszywym człowiekiem, który chce wykorzystywać przyjaźń do rozgrzeszenia swoich niegodziwości. Nie zostałbyś moim przyjacielem, a nie lubię ciebie już teraz.

Reklamy
Uncategorized

Kobieta szczęśliwa

Byliśmy jak każda młodzież beztroscy, skłonni do śmiechu i żartów. Dziewczyny umawiały się z chłopakami, niektóre zaręczały się planując śluby. Wolny czas spędzałyśmy  na wycieczkach , potańcówkach czy w lokalachmode-der-50er-jahre-600x841-2083998 Zawsze ładnie ubrane, włosy na tamtejszą modę podkręcone i upięte. W modzie na topie były garsonki takie  na wzór wojskowy, ale nie brakowało również sukienek. Zaczęły też pojawiać się spodnie, ale to jako ubiór mniej oficjalny, na wycieczki. Ja najchętniej ubierałam sukienki. Miałam dwie, jedna z paseczkiem w  talii na mniej uroczyste chwile i rozkloszowana na tańce. Potem zabroniono tańczyć publicznie, więc organizowano prywatki i tańczyliśmy do rana.

33dfbc6f0cd31a00902984ffd8a7b035--timeline-images-style-fashion

 

Oczywiście była jeszcze praca. Wszystkie  miałyśmy przydzielone obowiązki i każda starała się z nich dobrze wywiązać. Nie było niezdrowej atmosfery towarzyszącej rywalizacji, każda czuła się potrzebna i doceniania.

Wtedy też poznałam mojego męża, był moim przełożonym. Wieści zaczęły się rozchodzić i ogłosiliśmy zaręczyny. Ja musiałam przejść do innego działu. Mój narzeczony był starszy ode mnie, ale imponował mi bardzo swoją dojrzałością. Miałam 20 lat on 28. Za niecały rok pobraliśmy się. Dodam, że to wszystko działo się w Holandii.  Piękny kraj, przebywałam tam prawie cztery lata i  był to dla mnie bardzo radosny i inspirujący czas. Dużo śmiechu, gwaru i opowiadań.Jako jedynaczka przebywając w grupie rówieśnic czułam się szczęśliwa, tam  była młodość, to czego mi zawsze brakowało  wśród starszych. W Holandii poznałam przyjaźń, a potem miłość i człowieka mojego życia, z którym spędziłam 46 lat. Nie mogę powiedzieć, że moja młodość była nieudana. Przeżyłam dużo pięknych chwil, które chętnie  wspominam. Zresztą jakby nie Wermacht nigdy bym nie miała możliwości tego doświadczyć. Moi rodzice w trosce o moje dobro izolowali mnie od młodzieży. Może dlatego też podjęłam taką decyzję, wyrwać się spod skrzydeł rodziców i przeżyć przygodę. Ideologia i polityka mnie nie interesowała.

DWAD3

W Holandii wojna jakby zatrzymała się przed granicą, nie wiedziałyśmy, co znaczą naloty czy walki, czasem jakiś samolot przeleciał . Praca była obowiązkowa, zgłosiłam się do Wermachtu, bo była to  przygoda dla młodej dziewczyny. Pracowałam jako telegrafistka. Nie popierałam  nazistów ani Hitlera, ale to była nasza rzeczywistość, do której musieliśmy się dostosować.

Widziałam Rotterdam całkowicie zniszczony…powiem jedno wojna to straszna rzecz, nie ma w niej zwycięzcy, jest nieszczęście  po obu stronach. 4929726-rotterdam-w-maju-1940-roku-900-611

Kiedy nadszedł koniec wojny  wróciłam do Hamburga, a raczej ruin jakie z niego zostały. Mąż także powrócił zdrowy do miasta. Urodziłam córkę, wybudowaliśmy dom… przeżyłam ponad 90 lat. Dzisiaj wspominam te czasy często jako tragedię wielu ludzi, ale mimo wszystko też jak coś osobliwego, to podczas wojny zaznałam miłości i przekonałam się, co znaczy przyjaźń. Osobiście nigdy nie doświadczyłam niczego złego od Holendrów czy potem aliantów. Mam spokojne sumienie, nigdy też nikomu nie wyrządziłam nic złego…

Kobieta szczęśliwa, pogodna i życzliwa wszystkim dookoła. Zawsze w dobrym humorze, zero stanów depresyjnych, kochana matka, przez lata najukochańsza żona. Dobra przyjaciółka, lubiana przez znajomych i sąsiadki. Brała życie z humorem, nie miała wielkich aspiracji zawodowych, rodzina dla niej była najważniejsza. Dziś dobiega setki.

Uncategorized

Zasuszone pragnienia

Patrzył jak jego marzenia unosi na opadłych liściach nurt rzeki. Płynęły na powierzchni, tworząc kolorowy dywan.  Na każdym liściu  odłamek  pragnień się znajdował, jak kawałki szklanki, która wypadła z rąk zamyślonego nad swoim życiem. Liście przykryte kropelkami wody, lśniły w słońcu jesiennego popołudnia. Unoszone nurtem podążały drogą jaką im wyznaczył. Pragnął i marzył w snach i na jawie, pochylając się nad kawałkiem deski widział jak płyną jego marzenia, jak wiatr pomaga im dotrzeć do celu. Uśmiechał się gładząc chropowatą powierzchnię, dotykał ostrych brzegów drewna, które oczekiwało na obróbkę. Chrząknięcie pracownika było sygnałem do powrotu z innego świata.

Liście posuwały się do przodu niekiedy zachodząc na siebie, dywan stawał się  grubszy, prędkość się zmniejszała.

Otarł spocone czoło uśmiechając się, deska w jego dłoniach była idealnie gładka, brzegi zaokrąglone, zapach drzewa unosił się w pomieszczeniu. Jego pasja, a po części miłość. Nie… miłości pragnął, wołał o nią w chwilach rozpaczy, potem krzyczał kiedy wydawało  się, że już nie podniesie się z dna. Któregoś dnia wstał, wszedł do warsztatu i nie wychodził długo.  Minęła wiosna, lato dopiero jesienią doświadczył ponownie tęsknoty.

Już nie płynęły, ale nieznacznie poruszały się z prądem rzeki, ociężałe i przemoczone sunęły do przodu… za zakręt, tam wszystko się zmieni. Nadzieja dodawała sił w utrzymaniu się na powierzchni wody.

Odkładając jedną deskę brał drugą do ręki by poprawić jej strukturę. Gotowa na stertę oczekująca do obróbki…jedna za drugą zamieniały się miejscami. Schylając się coraz niżej czuł zmęczenie, bolały plecy i ręce, szumiało mu w głowie.

Liście wychodziły z zakrętu, jeszcze metr i prąd rzeki znów nabierze szybkości. Zza zakrętu dochodził dziwny odgłos, jakby strugi wody odbijały się od czegoś. Dopiero teraz okazało się, co było przyczyną , duże zbiorowisko gałęzi i naniesionego szlamu tworzyło naturalną zaporę, rzeka pokonywała ją przepływając pod przeszkodą, niesione liście natomiast zbierały się nawarstwiając i tworząc wał. Liście kurczyły się, warstwy spodnie ulegały rozkładowi.

Podbiegł do brzegu i z przegniłej masy zebrał te z powierzchni, otrzepał z wody. Wrócił do warsztatu… brał jedną deskę za drugą, nawet nie zauważył kiedy pojawiła się posadzka. Zmęczony spojrzał na liście, wygładził ręką układając coś na wzór bukietu, włożył  do pustej puszki  po farbie.

– Chodź pokażę ci dziadka warsztat- chłopak objął dziewczynę w pasie i skierował do budynku, który swój czas użyteczności miał już za sobą. Łuszcząca farba na drzwiach i zgrzyt zawiasów to dowód, że nikt od dawna tu nie zaglądał. W środku kurz, trociny i narzędzia niepotrzebne nikomu. Na półce puszka po farbie spełniająca rolę wazonu z zasuszonymi resztkami , co dopiero przy uważnym spojrzeniu można było rozpoznać jako blaszki liści. Chłopak dotknął suszek, posypał się proch.